O tym, jak zostałam testerką, czyli każdy może

9 września 2017 | Słowotok, czyli felietony

Zastanawialiście się kiedyś jak to się stało, że ktoś stał się specjalistą QA? Mi zdarza się to dość często, na przykład kiedy dowiaduję się, że koleżanka lub kolega z pracy w “poprzednim wcieleniu” byli księgowymi, studiowali farmację albo dostawali awanse bez podwyżki w instytucji zaufania publicznego.

Jeśli miewacie podobne rozkimny, ten post jest dla Was: oto moje testerskie cool story 🙂

Zacznijmy od tego, że specjalista QA to nie jest ten zawód który jako dzieci opisujecie odpowiadając na pytanie o to, kim chcecie być w przyszłości. Zwłaszcza, jeśli rodzicie się w Polsce lat ‘90, kiedy komputer i wiadro Internetów to towary prawie tak luksusowe jak dzisiaj masło.

My PCeta mieliśmy już w ‘91 roku: kiedy ja na chleb mówiłam bep, a na muchy tapty, mój tata przywiózł nowinkę technologiczną z Kanady. Lansu na wsi pewnie było co niemiara, ale w sumie nie mogę tego pamiętać.

Tak czy owak, kilka lat później, u schyłku tysiąclecia, aktywnie korzystaliśmy z Internetu. Najpierw za pośrednictwem modemu. A nieco później, kiedy mój starszy brat założył jedną z pierwszych sieci w naszej okolicy, Interet lał się już z kabli z zawrotną prędkością 256kb/s.
Ferrari to nie było, ale wystarczyło, żeby się uzależnić, więc jak sieć nawaliła to trzeba było lecieć do sąsiedniej wsi, bo tam była najbliższa kawiarenka Internetowa 😀

Komputerami trochę podjarali się też moi rodzice. Na przykład mama uparcie korzystała w swojej pracy pedagoga z Excela do liczenia średnich, a Worda do drukowania świadectw dla swoich uczniów, co nie było wtedy normą. Wykorzystywała do tego Comic Sansa :D. No ale nie może być idealnie.
Biorąc pod uwagę takie okoliczności, nic dziwnego, że i mnie od najmłodszych lat ciągnęło do komputera. Jako 10-latka miałam własny adres e-mail, korzystałam z gadu-gadu i czerpałam z nowych możliwości (np. Hogwart on-line albo czaty obrazkowe :D) jakie niósł ze sobą coraz szybszy rozwój technologii. Wolałam siedzieć na kompie zamiast próbować z kolegami z gimbazy pierwszych papierosów – byłam piwniczakiem zanim to stało się modne. Ba, nawet stawiałam jakieś tam “stronki” na tabelkach, oczywiście wypełnione po brzegi giffami czy innymi glitterami.

Później nawet myślałam o studiach w tym kierunku. Niestety jednak nie miałam zbyt dużego szczęścia do nauczycieli matematyki. W każdym razie do przedmiotu zniechęciłam się do tego stopnia, że swoją przyszłość wiązałam raczej z prawem, niż z polibudą.

Sprawy uległy pewnemu skomplikowaniu (a może raczej uproszczeniu) w dniu, w którym cała moja rodzina z braku lepszych zajęć zebrała się za planowanie mojej przyszłości. Żarty się skończyły. Mój najstarszy brat podsunął mi pomysł, żebym poszła na architekturę. Pomysł w sumie niegłupi i niemałej krasy, bo coś tam rysować umiałam.
Rodzice kupili mi taką dużą, wielką teczkę na rysunki (jeśli spotkaliście kiedyś agenta z taką teczką w autobusie to wiecie o czym mówię, pierwsza myśl to: “Ić stont!”), ołówki, inne super ekstra gadżety i… repetytorium z matematyki. Przez prawie dwa lata w soboty zasuwałam na kurs rysunku architektonicznego, a w poniedziałki na powtórkę do matury.

Ale byłam leniem. Tak bardzo uczyć mi się nie chciało, więc maturę z matematyki zdałam ledwo, a choć rysunku w moich oczach mógł pozazdrościć nawet Banksy, to jakoś nie trafił jednak w gusta komisji :D. Na szczęście startowałam na dwa inne ścisłe kierunki, w tym na inżynierię bezpieczeństwa, na którą dostałam się bez problemu. Bez większego namysłu doszłam do wniosku że nie ma co wybrzydzać, i tak oto znalazłam się na wydziale górnictwa i geologii.

Kierunek zainteresował mnie bardziej, niż myślałam. W końcu trafiłam na fajną nauczycielkę matematyki, na nowo odkryłam chemię i fizykę, ale przede wszystkim… miałam pierwszą styczność z jakością. Metody oceny ryzyka czy znajdowanie najsłabszych elementów systemu musiałam mieć w małym palcu. A bezpieczeństwem sieci komputerowych podjarałam się do tego stopnia, że wiązałam z nim konkretne plany na przyszłość. Podejmowałam kolejne darmowe staże, udzielałam się na forach internetowych, prowadziłam nawet bloga. Projekt inżynierski poświęciłam zagrożeniom czyhającym w necie na przeciętnego zjadacza cebuli. Skończyłam studia i z rozpędu poszłam na magisterkę ze specjalnością… BHP.

Na studiach się męczyłam i już po dwóch miesiącach myślałam o alternatywach. Te, na szczęście nadeszły dość rychło: bliska osoba pomogła mi dostać się na darmowe praktyki w banku w dziale związanym z, a jakże, bezpieczeństwem informatycznym. Wcześniej testy penetracyjne mogły powodować jedynie wypieki na mojej twarzy. Ale szybko się podszkoliłam już wiedziałam: to jest to, chcę pracować w IT.

Kolejna okazja pojawiła się już parę tygodni później, kiedy to dostałam się na staż na wsparcie użytkownika w tym samym banku. Wymogło to na mnie spore podciągnięcie się z podstaw IT, ale zachęciło do zmiany studiów na bardziej sensowne. Po paru miesiącach zostałam bez pracy, ale za to z całkiem konkretnym planem.

Noo, ale zanim wcieliłam go w życie musiałam przeżyć upokorzenie jakim jest rejestracja w Urzędzie Pracy (powaga, najgorszemu wrogowi nie życzę). Ale z drugiej strony gdyby nie to upodlenie nie mogłabym wziąć udziału w kursie programowania organizowanym przez pewien uniwersytet w okolicy. Kurs o tyle ciekawy, że jego uwieńczeniem był staż w firmie wytwarzającej oprogramowanie.

Tej do której trafiłam nie pokochałam. Ale sami pewnie macie takie chwile, które niby niepozorne, a jednak zmieniają Wasze życia. I ja właśnie miałam taką chwilę, kiedy opiekun powiedział: “Będziesz testować. A potem zobaczymy”.
Patrząc na to z perspektywy czasu taniej im było zatrudnić do tego szympansa za wiadro bananów. Ale dobra, mam testować, to będę. Było to połączeniem testów eksploracyjnych z losowym napieprzanem po klawiaturze, ale jakieś bugi znalazłam.
Entuzjazm szybko ostygł, projekt w którym byłam zaorano, a mi pozostała nuda. Ha! Nie! Inteligentni ludzie się nie nudzą, więc wolny czas gospodarowałam na naukę. Uczyłam się o testowaniu, sieciach komputerowych, podciągałam angielski i robiłam projekty na studia. I szukałam pracy.

I znalazłam. Pewna firma z Katowic szukała “QA Specialist”. Wtedy nawet nie do końca wiedziałam, skąd ta nazwa. Ale coś we mnie dostrzegli na rozmowie i zatrudnili.

Potem było jeszcze tylko ultraszybkie, dwutygodniowe szkolenie z testów automatycznych przeprowadzone przez odchodzącego kolegę. I wtedy już na dobre wiedziałam, w jakim kierunku chcę iść.

To oczywiście był tylko początek drogi, wyboistej i pełnej przygód, ale ciekawej. Jeśli nie jesteście testerami, a chcielibyście zostać, to mam nadzieję, że moja historia pokazała Wam, że można dojść do tego miejsca na okrętkę, a w QA może pracować każdy. A jeśli jesteście moimi kolegami z branży to wiedzcie, że nieważne jaka jest Wasza historia – na pewno jest epicka! 🙂

Najnowsze wpisy

CzytanQA: Steve Jobs

„Steve Job” autorstwa Waltera Isaacsona to dla mnie książka wyjątkowo z dwóch powodów. Po pierwsze, dostałam ją od bliskiej mi osoby. A po drugie dlatego, że to od niej zaczęło się moje zamiłowanie do biografii, reportaży i innych książek non-fiction.

CzytanQA: Labirynty Scruma

Scrumie książek napisano sporo. Dzisiejsza książka – Labirytnty Scruma – jest nieco inna, autor podchodzi do tematu od strony bardziej… problematycznej.

#3 Antywzorce w testowaniu oprogramowania: Korzystanie z niewłaściwego rodzaju testów

Wszyscy wiemy, jak z grubsza wygląda piramida testów: na dole jednostkowe, potem integracyjne, a szczytu akceptacyjne. Oznacza to po prostu tyle, że im wyżej w piramidzie, tym testów powinno być mniej… Ale mniej, to znaczy ile?

Pin It on Pinterest

Podoba Ci się wpis?

Podziel się ze znajomymi!